guerra.. (hard play, hard play)

mam wlasnie za soba najstraszniejszy jak dotad dzien w hiszpanii.. to byla prawdziwa wojna przeciwko mnie.. choc jej ofiara padly takze dzieci.. a wszystko odbylo sie niby dla ich dobra… miedzy innymi z nakazu osoby ktora powinna nad chronic i nanam pomagac a okazala sie prawdziwym wrogiem… jak przyszlo co do czego pomogla mi tylko jedna osoba.. to ten zly, bardzo zly, najgorszy w pueblo.. o ktorego w duzym stopniu to cale zamieszanie… juz przedwcizoraj w nocy, po tym gdy dowiedzialam sie o tej katastrofie 777 nad Ukraina zrozumialam, ze to nie prawdopodobnie ta wersja wydarzen ze snu o mr slotwinskim, ale na 100%.. a to duze miasto to moze byc malaga… duze niebezpieczenstwo, alje i szansa…. na zakonczenie wreszcie tego calego bajzlu….. wracajac jednak do wczorajszego dnia to rowno w poludnie wpadl wlasciciel domu z zona i corka w stanie amoku… rzucajac sie na mnie, dudzac.. smacznie spiace dzieci wyrywajac z lozekuiui… koszmar.. prosilam o jeden dodatkowy dzien na spakowaniw moich rzeczy…. ale po wlascicielu domu bylo wyraznie widac ze ta cala sytuacja sprawia mu prawdziwa przyjemnosc… chwycil za jeden z workow na smieci a nastepnie za moj lezacy pod jego reka rysunek turkusowego jezusa sanandy melchizedeka i ze smiechem na ustach pogniotl go i jako pierwsxy z moich smieci wrzucil do wora… kiedy zaprotestowalam.. wylecialam za drzwi nie majac dalszej konteoli nad tym co sie dzieje w srodku.. zwlaszcza z dziecmi.. ale juz po chwili zrozumialam ze to zostalo zaplanowane… prosilam na ulucy kilka osob o pomoc ale wszyscy tylko wzruszali ramionami albo z usmiechem na twarzy twierdzili ze to nie ich problem… z pomoca zjawil sie oczywiscie tylko roberto… zabral mnie czesc rzeczy i mnie z dziecmi do nowego tymczasowego lokum… pokoju z lazienka nad restauracja… ale to tylko na krotka mete.. to nie miejsce do normalmego zycia.. luiz wlasciciel lokalu juz wczesniej mi to zaproponowal.. ze w razie czego moge tu spedzic kilka dni… bo to nie miejsce dla dzieci… kilka godzin rozpakowywalam worki z ‚smieciami’ szukajac w nich najbardziej podstawowych rzeczy.. w tym telefonu, papierow, butelki dla dziecka… wszystko totalnie wymieszane, czesc rzeczy zniszczonych… zmoczonych.. porwanych.. pobrudzonych… wczesniej wlasciciel domu z rodzina wywlokl moje dzieci specjalnie ubrane w porwane ubrania i pobrudzone…. snum je sytad musiala odebrac.. oddali mi paszporty dzieci.. ale moj zatrzymali… kiedy wreszcie w tym nowym miejscu udalo mi sie troszke dojsc do siebie i zorganizowac zjawil sie roberto z informacja, ze w jeho domu wlasnie byla policja i ze mnie szukaja… juz wczesniej dostal ostrzezenie ze jak mnie zabierze do siebie to zostanie aresztowany… kilka godzim pozniej zandarmeria dopadla mnie jednak tutaj.. choch najpierw zjawil sie ogromny burmistrz pueblo.. a tuz za nim kilku panow w czerni i z karabinami.. potem jeszcze jeden pan kompletnie pijany i wciax powtarzajacy ze teraz jestem w dobrych rekach… cdn… jakos nie mialam zamiaru wierzyc w te slowa.. przezylam kiedys prawdziwy koszmar w trakcie przesluchania policyjnego.. zostalam aresztowana wlasciwie bez powodu bo panowie policjanci chcieli sie zanawic moim kosztem… zgwalcili mnie i zamkneli na cala noc w areszcie mimo iz bylam nieletnia… teraz jednak probowalam spokojnie wyjasnic cala sytuacje, miedzy innymi to ze nie mam od wczoraj kontaktu z mezem i wtedy wlasnie uslyszalam, ze to wlasnie moj maz dzwonil na policje z nakazem odebrania dzieci a mnie aresztowania… jednak zarowno panowie policjanci jal i urzednicy zalapali cala sytuacje kiedy powiedzialam im ze maz zostawil mnie w hiszpanii zupelbie bez pieniedzy… zdana na laske innego mezczyzny, ktory jednak w pewnym momencie zaczal sie czegos ode mnie domagac i tu sie zaczal problem…….. kiedy sytuacja z policja zdawala sie byc juz opanowana pojawil sie nowy problem.. ambulans z najazem natychmiastowego zabrania najmniejszego dziecka na przymusowe badanie… kolejny telefon od meza… ze dziecko jest w stanie krytycznym… choc wszyscy widzieli ze malt btl pelen energii i zupelnie zdrowy… policjanci baeuli sie z nim, zartowali… mowilam ze ta podroz do szpitala.. te wszystkie zakrety… moze dziecku tylko zaszkodzic… lekarka byla jednak nieugieta… no i niestety kiedy dotarlismy do szpitala oboje z malym bylismy kompletnie zerzygani i na granicy wytrzymalosci.. po drodze polano nas zimna woda a wiec doslownie ociekalismy rzygowinami.. do tego otwarto szeroko okna aby zrobic przeciag… pani doktor przesiadla sie jednak do tylu…… cdn

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 41 other followers